Ale konstytucja, to jedna sprawa, a polityka, to sprawa druga. Jak wielokrotnie mówiłem, jeśli nie jesteśmy pewni, jakim tropem poruszać się w demokratycznej dżungli, to warto zwrócić się do klasyków demokracji. Może nie do wszystkich naraz, bo z tego zrobiłby się jeszcze większy zamęt, tylko do jednego, a mianowicie – do Józefa Stalina.
Co na to Józef Stalin?
Józef Stalin zasłynął ze spiżowych sentencji na temat demokracji, między innymi – że nie tyle ważne jest, kto głosuje, tylko – kto liczy głosy. Możemy się o tym przekonać przy każdych wyborach, co spostrzeżeniom Józefa Stalina nadaje nie tylko ciężar gatunkowy, ale również – nieprzemijającą aktualność. Ale nie tylko o liczeniu głosów mówił Józef Stalin. Jeszcze ważniejsze od liczenia głosów jest bowiem przygotowanie dla wyborców właściwej alternatywy. A skąd wiadomo, że alternatywa przygotowana dla wyborców jest właściwa? Stąd, że bez względu na to, kto wygra wybory, będą one wygrane. Toteż w krajach „demokracji ludowej” wybory zawsze były wygrane i to przy frekwencji, o której nasi aktualni Umiłowani Przywódcy nie mogą nawet sobie pomarzyć. Teraz mamy demokrację „prawdziwą”, podobnie jak „prawdziwą” wolność, o której Sławomir Mrożek pisał, że pojawia się ona tam, gdzie nie ma zwyczajnej wolności. Jaka zatem jest alternatywa?
Alternatywy cztery, a nawet więcej
Nie jest to nawiązanie do tytułu słynnego serialu Stanisława Barei, chociaż nie da się ukryć, że można się dopatrzeć wielu analogii. Chodzi jednak o to, jaka alternatywa została przygotowana na przyszłoroczne wybory prezydenckie w naszym bantustanie. Kiedy to piszę, jeszcze nie zostało to nam objawione, ale wiadomo już, że z ramienia obozu „dobrej zmiany”, czyli płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, będzie kandydował pan prezydent Andrzej Duda. Nawiasem mówiąc, warto by zatrzymać się nad pytaniem, od kogo płomienni dzierżawcy ten monopol na patriotyzm dzierżawią? Możliwości są dwie: albo wypuścił im go w dzierżawę jakiś anonimowy dobroczyńca ludzkości, a w każdym razie – naszego bantustanu, albo wzięli go sobie w dzierżawę sami, zgodnie z zaleceniami „Międzynarodówki”: „z własnego prawa bierz nadania”. Ta druga możliwość wydaje mi się mało wiarygodna z uwagi na Moce, jakie stały u kolebki naszej sławnej transformacji ustrojowej. W obliczu ich potęgi, jakiekolwiek samowolki w nadawaniu sobie monopolu na patriotyzm nie są możliwe, a w takim razie pozostaje możliwość pierwsza. No dobrze – ale w takim razie warto postawić drugie pytanie: komu i w jakiej wysokości płomienni dzierżawcy płacą czynsz dzierżawny? Pewne światło na tę sprawę rzuca amerykańska ustawa nr 447 JUST, o której wolałby nie pamiętać Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz, jako że przypominanie o niej jest działalnością „antypolską”.
Ale dość już o tym, bo czekają nas jeszcze kolejne kandydatury. Po rezygnacji Donalda Tuska w obozie zdrady i zaprzaństwa zapanowała konsternacja i gwoli zatarcia tego niemiłego wrażenia wysunięto pospiesznie kandydaturę posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, do której w ostatniej chwili, w charakterze demokratycznej przyzwoitki, doskoczył pan Jaśkowiak, już nawet nie postępowy, ale awangardowy prezydent Poznania. Odbyła się nawet między nimi „debata”, w której posągowa pani zachwalała zalety kobiece na stanowisku prezydenta, ale – powiedzmy sobie szczerze – takie zalety bardziej nadają się do małżeństwa, zwłaszcza tradycyjnego, bo partnerskiego – już niekoniecznie – a w ostateczności – do flirtu przelotnego - niż do prezydentury. Pan Jaśkowiak, o ile go dobrze zrozumiałem, raczej stawiał na inne płcie, których podobno naliczono już 77, a nie jest to bynajmniej ostatnie słowo. Ta debata chyba jednak nie natchnęła zwolenników obozu zdrady i zaprzaństwa wiarą w ostateczne zwycięstwo, z czego niektórzy obserwatorzy wyciągają wniosek, że obóz zdrady i zaprzaństwa jest w naszym bantustanie formacją schyłkową i pewnie dlatego Nasza Złota Pani postanowiła oszczędzić Donaldu Tusku sromoty klęski. Jeśli chodzi o Lewicę, to tutaj przypomina się przysłowie, że „łatwiej trafić w totolotka niźli w toto u podlotka” i pewnie dla większej siurpryzy rozpuszczane są pogłoski, że faworytą tej formacji jest Wielce Czcigodna senatoressa Gabriela Morawska-Stanecka. Za to w Polskim Stronnictwie Ludowym żadnych wątpliwości nie ma i kandydatem pozostaje Wielce Czcigodny Władysław Kosiniak-Kamysz, zawsze zadowolony z siebie, niczym Kobyszczę (Kontemplator Bytu Szczęsny) z opowiadania Stanisława Lema. Kandydata nie wyłoniła jeszcze Konfederacja, w której trwają prawybory, no a 8 grudnia zgłosił się pan Szymon Hołownia.
Inni szatani są tu czynni
Ale wybory prezydenckie w naszym bantustanie interesują nie tylko suwerenów tubylczych, ale również cudzoziemców i to w dodatku – bardzo wpływowych. Podobnie było w wieku XVIII, kiedy to Katarzyna pisała do Stanisława Augusta Poniatowskiego: „Wysyłam bezzwłocznie hrabiego Keyserlinga, jako ambasadora do Polski, aby zrobił ciebie królem po śmierci tego – jeśli mu się to nie uda, to życzę sobie, aby królem został książę Adam”. Teraz Katarzyna rezyduje w Berlinie, a Fryderyk – w Moskwie; Cesarstwa Austriackiego już nie ma, ale to nic nie szkodzi w sytuacji, gdy coraz silniejsze piętno na naszych losach wyciska nie tylko Nasz Najważniejszy Sojusznik zza Oceanu, który kolaboruje z Sojusznikiem Naszego Najważniejszego Sojusznika. Dało mi to podstawę do sformułowania mojej ulubionej teorii spiskowej, w myśl której Polską rotacyjnie rządzą trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko- Żydowskie.
Dokonajmy tedy tour d’horizon tubylczych wyborów prezydenckich z punktu widzenia mocodawców wszystkich trzech Stronnictw. Stronnictwo Ruskie od 2014 roku pozostaje w głębokiej defensywie i wprawdzie odnotowało pewien sukces w postaci uzyskania parlamentarnej reprezentacji przez Lewicę, ale to dopiero światełko w tunelu. Zdaje sobie sprawę z tego lider Stronnictwa, Wielce Czcigodny Włodzimierz Czarzasty, wygłaszając peany na cześć Wyzwolicielki, czyli Armii Czerwonej. Ale do wyzwolenia droga jeszcze daleka tym bardziej, że mocodawca Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego najwyraźniej pragnąłby usadowić się u nas na dłużej, żeby w razie czego, to znaczy – w sytuacji, gdy trzeba będzie czymś pofrymarczyć, jak to było na przykład w Jałcie - mógł sobie pofrymarczyć naszym bantustanem. Tedy w sytuacji, gdy mocodawca Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego się w naszym bantustanie mości, Nasza Złota Pani wie, że nie ma sensu wysyłać „hrabiego Keyserlinga”, żeby zrobił „królem” posągową panią Kidawę-Błońską, czy pana Jaśkowiaka, bo musieliby wtedy wziąć odpowiedzialność, za to, co ma tu nastąpić. A ma tu nastąpić chaos, za sprawą niezawisłych sędziów, którzy najwyraźniej za blisko dopuścili do siebie politycznego diabełka i dokazują coraz śmielej, co prowokuje rządowe media do puszczania balonów próbnych w postaci „opcji zerowej” w niezawisłych sądach. Taka desperacka próba z pewnością zostałaby uznana za przesłankę zastosowania „klauzuli solidarności” z traktatu lizbońskiego, czemu sprzyjałaby nie tylko obowiązująca przez cały czas ustawa nr 1066, a przecież można by jeszcze uruchomić zadaniowaną dywersyjnie część ukraińskiej diaspory, nad którą Nasza Złota Pani Mocną Ręką trzyma parasol ochronny, o czym mogliśmy się przekonać choćby na przykładzie bezsilności tubylczych bezpieczniaków wobec pani Ludmiły Kozłowskiej. Wprawdzie pan dr Targalski dawał mi do zrozumienia, że pani Kozłowska jest raczej narzędziem w rękach złego Putina, ale to chyba jeszcze gorzej – bo z Putinem, zwłaszcza po roku 2013, kiedy to prezydent Obama wysadził w powietrze porządek lizboński z roku 2010 – nasz bantustan nie ma już żadnego „strategicznego partnerstwa”, podczas gdy z Ukrainą – podobno ma. Tedy – jak to widać choćby po przygnębieniu w obozie zdrady i zaprzaństwa - Nasza Złota Pani wolałaby, żeby w tym chaosie nie zginął żaden jej protegowany, tylko żeby poległ prezydent wystawiony przez Stronnictwo Amerykańsko- Żydowskie.
Judeochrześcijański i rozrywkowy ptaszek boży
Ale kandydatem Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego jest przecież pan prezydent Andrzej Duda, więc w takim razie co tu jeszcze robi pan Szymon Hołownia? Wprawdzie ma on wiele zalet sam z siebie, ale z nimi mógłby co najwyżej aspirować do zostania gospodarzem jakiegoś „Wielkiego Brata”, czy innego widowiska telewizyjnego, w którym między rozmaitymi płciami dochodzi do bliskich spotkań trzeciego stopnia – ale oczywiście – po Bożemu – więc skąd u niego nagle pragnienie prezydentury? Samą konstytucją wytłumaczyć tego niepodobna, więc musimy zstąpić do głębi, gdzie na świeży trop naprowadza nas pani Michał Kobosko, który już objawił się w postaci promotora kandydatury pana Hołowni.
Pan Michał Kobosko, człowiek tuż po 50-tce, przez ten czas wygartywał z niejednego komina. Najsampierw terminował u pana red. Michnika, spod którego ręki wyszło wielu wielkich działaczów („Ilu wielkich działaczów wyjrzało z rozporka?” - zastanawiał się poeta), ale do coraz wyższych piął się grządek, aż dopiął się do sławnego amerykańskiego think-tanku Atlantic Council, z którego niedawno się wycofał, by promować pana Hołownię.

Prezydent na okupację?
Do dobrze – ale skoro prezydent Duda jest duszeńką Amerykanów, to po co tu jeszcze pan Hołownia? Nie za dużo tych grzybów w barszcz? Może i za dużo – ale poszłuchajmy poety, jak mówi, że „na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość jest przezorności”. Ja wprawdzie nie posądzam nieśmiałego pana prezydenta Dudy, że w drugiej kadencji, nie mając nic do stracenia, postawiłby się Amerykanom na przykład w sprawie zadośćuczynienia roszczeniom żydowskim – ale co to komu szkodzi postraszyć go panem Hołownią, żeby jeszcze przed wyborami podpisał jakieś cyrografy? Poza tym pan Hołownia, wprawdzie ptaszek boży, jednak postępowy nie tylko na judeochrześcijańskim odcinku frontu ideologicznego, ale i na innych odcinkach: sodomickim, imigranckim i jaki tam akurat będzie potrzebny. No to czegóż chcieć więcej? Nadchodzący rok zapowiada się ciekawie.

Ilustracje:
fot.1 © DeS ☞ tiny.cc/des
fot.2 © Atlantic Council / za: www.atlanticcouncil.org
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz